Szłam sobie jedną z uliczek, w parku, nagle usłyszałam z sobą czyjeś kroki. Odwróciłam się. Za mną stał Damon. Prychnęłam i chciałam odejść, ale on zaszedł mi drogę.
-Czego? Znowu mam kogoś zabić. Jeszcze dzisiaj idę z Mickiem.
-Nie. Chciałem spędzić z tobą trochę czasu.
-Super- odpowiedziałam sarkastycznie.
-Hej, teraz to ty jesteś oschła.
-A co? Mam się cieszyć, że zabijasz każdego, na kim mi zależy? A wiesz co....- zatrzymałam się na moment.- Masz rację, wybaczam ci. Sama nie jestem lepsza. Wybaczam ci, ok?
-Tak, nawet wspaniale.- uśmiechnął się do mnie. Tak dawno się do mnie nie uśmiechał. Brakowało mi tego.
-Fajnie.
-No to jak tam.
-Nie najgorzej. Bycie tym czymś ma swoje plusy. Mogę wyłączyć wszystkie uczucia i być bezlitosnym, bezwzględnym potworem. Coś jak ty.
-Dziękuję z szczerość.
-Nie ma za co.
-Jest. Jeszcze nikt nie był wobec mnie taki szczery. Każdy kto wie kim jestem się mnie boi. Ty nie... lubię to.
-Cieszę się.
-Nadal jesteś oschła. Wolałem cię jak jednak miałaś uczucia.
-Tak mi jest łatwiej. Nie czuję tyle bólu.
-Ale i tak cię to zmienia.- po tych słowach włączyłam swoje emocje i uczucia. Wróciło do mnie moje człowieczeństwo. Faktycznie mnie to zmieniało.Poczułam to coś... to bezpieczeństwo, które czuję gdy jestem z nim.
-A może..- nie skończyłam, bo zaczęło padać. Oboje w ciągu sekundy znaleźliśmy się pod altanką, która na całe szczęście nie przemakała. Spędziliśmy tak ok. godziny, śmiejąc się i wygłupiając. Cieszyłam się z tego jaki stawał się gdy miał dobry humor. Po części wiedziałam, że to ja tak na niego wpływam, ale przy mnie zachowywał się jak normalny człowiek, a nie szatan. Cieszyło mnie to. W końcu przestało padać. Było już ciemno. Wracając z Damonem do mnie, czułam na sobie czyjś wzrok. Jakby ktoś nas śledził. I nie myliłam się. W pewnym momencie ktoś złapał mnie w pasie, od tyłu i pojawiłam się w zupełnie innym miejscu. Było ciemno i zimno. Nagle rozbolała mnie głowa. i to okropnie. Jakby ktoś traktował mnie milionem ultra dźwięków, i rozwalał mi czaszkę od środka. Mimo ogłuszenia próbowałam się wydostać, ale na marne. Nawet nie wiedziałam kto to. Poczułam jak zakłada mi kajdany na ręce i nogi, tak że byłam nogami przygwożdżona do podłogi, a ręce trzymały się na łańcuchach przyczepionych do sufitu. W dodatku były całe w jakimś kwasie, czy coś i paliło mi to skórę. Próbowałam walczyć, ale nie długo wytrzymałam. Straciłam przytomność.
*oczami Damona*
Ktoś porwał Emily. Jedyną osobę, która sprawia że się uśmiecham. Jest wspaniała, inteligentna, odważna, ładna, szczera, wygadana, pomysłowa. Kiedy tak myślałem nagle coś mnie zabolało. Głowa zaczęła mi pękać, a ja dobrze wiedziałem, że tak się dzieje jak jestem w miejscu świętym. Ktoś, kogo dusze posiadam jest właśnie w kościele. Miałem nadzieję, że nie Em, choć to było bardzo prawdopodobne...
*oczami Emily*
Nie wiem ile byłam nieprzytomna. Nadal było mi strasznie słabo, bolały mnie nadgarstki i głowa. Otworzyłam oczy, przede mną stał...Harry? Tak, to on. moment... to ja nie żyję? Albo mam halucynacje.-Em? Emily?- to był on. Hazza. To jego głos.
-Tak?- było mi trochę lepiej. To na pewno był on. Gdziekolwiek byliśmy, na szczęście byłam z Harrym.
-Och, tak się cieszę. Kochanie to ja, Harry- w tedy wszystko ustało. Ignorowałam ból. Stałam tak i przyglądałam się Harremu, ale coś mi nie pasowało.Coś było nie tak jak dawniej. Oczy. Miał kompletnie czarne tęczówki, jak ja, Damon i wszystkie istoty ze świata cienia.
-Harry. Co ty tu? Gdzie ja jestem?
-W kościele. Dlatego tak boli cię głowa- no właśnie. Ból zaczął się natężać.-Należysz do Damona. A on jest szatanem. Tu ty i twoja dusza cierpicie.
-Damon też?
-Bardzo prawdopodobne.
-To może mnie stąd wyciągnij!- byłam zirytowana. powinien mnie ratować, a nie tłumaczyć okoliczności. Nawet nie dociekałam skąd wie o wszystkim, ani jakim cudem w ogóle żyje.
-Nie
-Co?
-Nie- odpowiadał bardzo spokojnie. Był pewien tego co mówi.
-Ale aHrry! Po co ty tu w ogóle? I czemu ja? Jak?
-Wróciłem, bo swoja duszę oddałem Bogu. Ty i ja jesteśmy tu, żeby cię ratować.
-Jak chcesz mnie ratować, debilu, to mnie stąd zabierz!
-Nie.
-Harry!
-Nie- traciłam cierpliwość.
-Już.
-Nie
-Co ty zamierzasz ze mną zrobić?
-Nawrócić cię.
-E?
-Będziesz tak cierpieć, że ty i twoja dusza wyzwolicie się od niego. No i nie ukrywam, że wasze uczucia względem siebie, bardzo mi to ułatwiają.
-Jesteś idiotą! Tego się nie da cofnąć!
-Da!
-Nie!
-Tak, kochanie- był niesamowicie spokojny, mimo tego, że tak cierpiałam.
-Harry, to boli.
-Wiem i jest mi z tego powodu bardzo przykro.
-Kłamiesz- powiedziałam nagle. Byłam pewna. To już nie był on. On mnie nie chciał ratować.Kłamał. To wszystko o Bogu i w ogóle. Oczy. On nie był dobry. Oddał się czemuś. Teraz kierowała nim tylko nienawiść , złość i żądza zemsty. Ja byłam tylko narzędziem. Chodziło o Damona. Chciał go tu zwabić. Nie byłam głupia. Kto jak kto, ale ja znałam go na wylot.
-Co?!- był wściekły.
-Kłamiesz. Widzę to- tym razem to ja mówiłam spokojnie.
-Nie.
-Tak, znam cię. Podaj prawdziwy powód.
-Nie kłamię.
-Czemu tu jesteśmy?- nie dawałam za wygraną.
-Mówiłem- był coraz bardziej zniecierpliwiony. o to chodziło.
-Nie. kłamałeś. Podaj prawdziwy powód. Do kogo należysz? Oboje chcecie Damona.
-Nie.
-Tak
-Nie.
-Tak
-Nie.
-Tak- to głupie, ale grałam na zwłokę. Moja rEka powoli wysuwała się z metalu. Potrzebowałam odrobiny czasu. -Harry. to nie ty. Kłamiesz. Mów. Teraz.
-Nie kłamię. Emily, zrozum kocham cię- pocałował mnie na siłę.
-Owszem, kłamiesz. Robisz to, bo jesteś zazdrosny. O mnie i Damona. Robisz to, bo twój pani ci kazał- no i trafiłam w ten punkt. Rzucił się na mnie. W tym samym momencie moja ręka wyswobodziła się z uwięzi. Duga także, ale nie zdążyłam zareagować. Uderzył mnie, z dużą siłą. Zabolało. nie chciłam tego robić, ale mu oddałam. Poleciał na ścianę. Zerwałam łańcuchy z nóg i popędziłam się na niego. Złamał mi rękę, którą od razu sobie nastawiłam i zrosła się w ciągu sekundy. Przycisnęłam go do ściany, jedną ręką go dusząc.
-Mów. Już!
-Nie.
Sprzedałam mu mocnego kopa.
-Proszę.
-Nie.
Łup. Harry poleciał na kolejną ścianę. Podniosłam go i znów do niej przygwoździłam.
-A teraz?
-Nie i tyle. Nic ci nie powiem- tym razem cisnęłam nim o jakieś biurko.
-Ok, twój wybór- powiedziałam. Harry zaliczył kolejną ścianę. Rozciął sobie rękę o rozbite szkło. Podeszłam i kopnęłam go tak, że poleciał 2 metry, rąbnął w drzwi. Otworzyły się i loczek wleciał na konfesjonał.
-Nic nie powiem- pochyliłam się nad nim z zamiarem uderzenia go, ale poczułam ten zapach. Cudowny, słodki, metaliczny, oszałamiający zapach krwi. Moje oczy zrobiły się czerwonawe,a twarz zaczęła pękać. Tak działo się kiedy instynkt łowcy brał górę, a ja zamierzałam pożywić się na kimś, co było równoznaczne z jego śmiercią. Spojrzałam na niego. Tym razem bez uczuć, o ile wtedy czułam złość i irytację, teraz liczyła się tylko krew. Dostrzegłam strach w jego oczach. W jego zielonych oczach. ZIELONYCH?!
To był on.To strach był potrzebny, żeby go odzyskać, ale było już za późno. Rzuciłam się na niego i wbiłam swoje ostre kły w jego tętnicę. Po kilku łykach puściłam. Harry wciąż żywy, ale mało przytomny osunął się na podłogę, po czym zaczął odczołgiwać się jak najdalej ode mnie. Popatrzyłam w jego oczy. Nadal zielone. Zrobiłam krok do przodu.
-Nie!!! Nie podchodź!
Bał się mnie. On się mnie bał. Naprawdę. Co ja zrobiłam? Kocham go, a skrzywdziłam go.
-Ale.. o matko! Harry.
-Nie... nie podchodź do mnie nawet.
-Przepraszam..
-Idź, odejdź. jesteś potworem- to zabolało. Zabolało bardziej niż cokolwiek innego. Sama często tak o sobie mówiłam, ale to było coś innego. Straciłam go. Znałam zasady. Byłam pewna, że juzż mi nie zaufa i nigdy mnie nie pokocha. Powie. Wszystkim. Musiałam... takie były zasady.






