sobota, 19 maja 2012

Rozdział 5

Minął miesiąc, nadal byłam na skraju załamania. Straciłam 3 najważniejsze osoby w moim życiu, przez także ważną dla mnie osobę. A raczej jej impulsywność i głupotę. Siedziałam na ławce w parku. Były już wakacje. Mało ludzi został w mieście, większość gdzieś powyjeżdżała, więc miałam spokój. Byłam ubrana w KLIK i KLIK. Za kilka godzin miałam iść na randkę do kolesia, którego musiałam zabić. Szkoda, bo był całkiem fajny. Od śmierci Harrego zabiłam 18 osób. 10, bo byłam głodna, resztę na zlecenie Damona. Nasze stosunki się nie polepszyły. Nie rozmawiamy ze sobą.
Szłam sobie jedną z uliczek, w parku, nagle usłyszałam z sobą czyjeś kroki. Odwróciłam się. Za mną stał Damon. Prychnęłam i chciałam odejść, ale on zaszedł mi drogę.
-Czego? Znowu mam kogoś zabić. Jeszcze dzisiaj idę z Mickiem.
-Nie. Chciałem spędzić z tobą trochę czasu.
-Super- odpowiedziałam sarkastycznie.
-Hej, teraz to ty jesteś oschła.
-A co? Mam się cieszyć, że zabijasz każdego, na kim mi zależy? A wiesz co....- zatrzymałam się na moment.- Masz rację, wybaczam ci. Sama nie jestem lepsza. Wybaczam ci, ok?
-Tak, nawet wspaniale.- uśmiechnął się do mnie. Tak dawno się do mnie nie uśmiechał. Brakowało mi tego.
-Fajnie.
-No to jak tam.
-Nie najgorzej. Bycie tym czymś ma swoje plusy. Mogę wyłączyć wszystkie uczucia i być bezlitosnym, bezwzględnym potworem. Coś jak ty.
-Dziękuję z szczerość.
-Nie ma za co.
-Jest. Jeszcze nikt nie był wobec mnie taki szczery. Każdy kto wie kim jestem się mnie boi. Ty nie... lubię to.
-Cieszę się.
-Nadal jesteś oschła. Wolałem cię jak jednak miałaś uczucia.
-Tak mi jest łatwiej. Nie czuję tyle bólu.
-Ale i tak cię to zmienia.- po tych słowach włączyłam swoje emocje i uczucia. Wróciło do mnie moje człowieczeństwo. Faktycznie mnie to zmieniało.Poczułam to coś... to bezpieczeństwo, które czuję gdy jestem z nim.
-A może..- nie skończyłam, bo zaczęło padać. Oboje w ciągu sekundy znaleźliśmy się pod altanką, która na całe szczęście nie przemakała. Spędziliśmy tak ok. godziny, śmiejąc się i wygłupiając. Cieszyłam się z tego jaki stawał się gdy miał dobry humor. Po części wiedziałam, że to ja tak na niego wpływam, ale przy mnie zachowywał się jak normalny człowiek, a nie szatan. Cieszyło mnie to. W końcu przestało padać. Było już ciemno. Wracając z Damonem do mnie, czułam na sobie czyjś wzrok. Jakby ktoś nas śledził. I nie myliłam się. W pewnym momencie ktoś złapał mnie w pasie, od tyłu i pojawiłam się w zupełnie innym miejscu. Było ciemno i zimno. Nagle rozbolała mnie głowa. i to okropnie. Jakby ktoś traktował mnie milionem ultra dźwięków, i rozwalał mi czaszkę od środka. Mimo ogłuszenia próbowałam się wydostać, ale na marne. Nawet nie wiedziałam kto to. Poczułam jak zakłada mi kajdany na ręce i nogi, tak że byłam nogami przygwożdżona do podłogi, a ręce trzymały się na łańcuchach przyczepionych do sufitu. W dodatku były całe w jakimś kwasie, czy coś i paliło mi to skórę. Próbowałam walczyć, ale nie długo wytrzymałam. Straciłam przytomność.
*oczami Damona*
Ktoś porwał Emily. Jedyną osobę, która sprawia że się uśmiecham. Jest wspaniała, inteligentna, odważna, ładna, szczera, wygadana, pomysłowa. Kiedy tak myślałem nagle coś mnie zabolało. Głowa zaczęła mi pękać, a ja dobrze wiedziałem, że tak się dzieje jak jestem w miejscu świętym. Ktoś, kogo dusze posiadam jest właśnie w kościele. Miałem nadzieję, że nie Em, choć to było bardzo prawdopodobne...
*oczami Emily*
Nie wiem ile byłam nieprzytomna. Nadal było mi strasznie słabo, bolały mnie nadgarstki i głowa. Otworzyłam oczy, przede mną stał...Harry? Tak, to on. moment... to ja nie żyję? Albo mam halucynacje.
-Em? Emily?- to był on. Hazza. To jego głos.
-Tak?- było mi trochę lepiej. To na pewno był on. Gdziekolwiek byliśmy, na szczęście byłam z Harrym.
-Och, tak się cieszę. Kochanie to ja, Harry- w tedy wszystko ustało. Ignorowałam ból. Stałam tak i przyglądałam się Harremu, ale coś mi nie pasowało.Coś było nie tak jak dawniej. Oczy. Miał kompletnie czarne tęczówki, jak ja, Damon i wszystkie istoty ze świata cienia.
-Harry. Co ty tu? Gdzie ja jestem?
-W kościele. Dlatego tak boli cię głowa- no właśnie. Ból zaczął się natężać.-Należysz do Damona. A on jest szatanem. Tu ty i twoja dusza cierpicie.
-Damon też?
-Bardzo prawdopodobne.
-To może mnie stąd wyciągnij!- byłam zirytowana. powinien mnie ratować, a nie tłumaczyć okoliczności. Nawet nie dociekałam skąd wie o wszystkim, ani jakim cudem w ogóle żyje.
-Nie
-Co?
-Nie- odpowiadał bardzo spokojnie. Był pewien tego co mówi.
-Ale aHrry! Po co ty tu w ogóle? I czemu ja? Jak?
-Wróciłem, bo swoja duszę oddałem Bogu. Ty i ja jesteśmy tu, żeby cię ratować.
-Jak chcesz mnie ratować, debilu, to mnie stąd zabierz!
-Nie.
-Harry!
-Nie- traciłam cierpliwość.
-Już.
-Nie
-Co ty zamierzasz ze mną zrobić?
-Nawrócić cię.
-E?
-Będziesz tak cierpieć, że ty i twoja dusza wyzwolicie się od niego. No i nie ukrywam, że wasze uczucia względem siebie, bardzo mi to ułatwiają.
-Jesteś idiotą! Tego się nie da cofnąć!
-Da!
-Nie!
-Tak, kochanie- był niesamowicie spokojny, mimo tego, że tak cierpiałam.
-Harry, to boli.
-Wiem i jest mi z tego powodu bardzo przykro.
-Kłamiesz- powiedziałam nagle. Byłam pewna. To już nie był on. On mnie nie chciał ratować.Kłamał. To wszystko o Bogu i w ogóle. Oczy. On nie był dobry. Oddał się czemuś. Teraz kierowała nim tylko nienawiść , złość i żądza zemsty. Ja byłam tylko narzędziem. Chodziło o Damona. Chciał go tu zwabić. Nie byłam głupia. Kto jak kto, ale ja znałam go na wylot.
-Co?!- był wściekły.
-Kłamiesz. Widzę to- tym razem to ja mówiłam spokojnie.
-Nie.
-Tak, znam cię. Podaj prawdziwy powód.
-Nie kłamię.
-Czemu tu jesteśmy?- nie dawałam za wygraną.
-Mówiłem- był coraz bardziej zniecierpliwiony. o to chodziło.
-Nie. kłamałeś. Podaj prawdziwy powód. Do kogo należysz? Oboje chcecie Damona.
-Nie.
-Tak
-Nie.
-Tak
-Nie.
-Tak- to głupie, ale grałam na zwłokę. Moja rEka powoli wysuwała się z metalu. Potrzebowałam odrobiny czasu. -Harry. to nie ty. Kłamiesz. Mów. Teraz.
-Nie kłamię. Emily, zrozum kocham cię- pocałował mnie na siłę.
-Owszem, kłamiesz. Robisz to, bo jesteś zazdrosny. O mnie i Damona. Robisz to, bo twój pani ci kazał- no i trafiłam w ten punkt. Rzucił się na mnie. W tym samym momencie moja ręka wyswobodziła się z uwięzi. Duga także, ale nie zdążyłam zareagować. Uderzył mnie, z dużą siłą. Zabolało. nie chciłam tego robić, ale mu oddałam. Poleciał na ścianę. Zerwałam łańcuchy z nóg i popędziłam się na niego. Złamał mi rękę, którą od razu sobie nastawiłam i zrosła się w ciągu sekundy. Przycisnęłam go do ściany, jedną ręką go dusząc.
-Mów. Już!
-Nie.
Sprzedałam mu mocnego kopa.
-Proszę.
-Nie.
Łup. Harry poleciał na kolejną ścianę. Podniosłam go i znów do niej przygwoździłam.
-A teraz?
-Nie i tyle. Nic ci nie powiem- tym razem cisnęłam nim o jakieś biurko.
-Ok, twój wybór- powiedziałam. Harry zaliczył kolejną ścianę. Rozciął sobie rękę o rozbite szkło. Podeszłam i kopnęłam go tak, że poleciał 2 metry, rąbnął w drzwi. Otworzyły się i loczek wleciał na konfesjonał.
-Nic nie powiem- pochyliłam się nad nim z zamiarem uderzenia go, ale poczułam ten zapach. Cudowny, słodki, metaliczny, oszałamiający zapach krwi. Moje oczy zrobiły się czerwonawe,a twarz zaczęła pękać. Tak działo się kiedy instynkt łowcy brał górę, a ja zamierzałam pożywić się na kimś, co było równoznaczne z jego śmiercią. Spojrzałam na niego. Tym razem bez uczuć, o ile wtedy czułam złość i irytację, teraz liczyła się tylko krew. Dostrzegłam strach w jego oczach. W jego zielonych oczach. ZIELONYCH?!
To był on.To strach był potrzebny, żeby go odzyskać, ale było już za późno. Rzuciłam się na niego i wbiłam swoje ostre kły w jego tętnicę. Po kilku łykach puściłam. Harry wciąż żywy, ale mało przytomny osunął się na podłogę, po czym zaczął odczołgiwać się jak najdalej ode mnie. Popatrzyłam w jego oczy. Nadal zielone. Zrobiłam krok do przodu.
-Nie!!! Nie podchodź!
Bał się mnie. On się mnie bał. Naprawdę. Co ja zrobiłam? Kocham go, a skrzywdziłam go.
-Ale.. o matko! Harry.
-Nie... nie podchodź do mnie nawet.
-Przepraszam..
-Idź, odejdź. jesteś potworem- to zabolało. Zabolało bardziej niż cokolwiek innego. Sama często tak o sobie mówiłam, ale to było coś innego. Straciłam go. Znałam zasady. Byłam pewna, że juzż mi nie zaufa i nigdy mnie nie pokocha. Powie. Wszystkim. Musiałam... takie były zasady.
No, wiem, że nikt tego nie czyta, ale jak mi się nudzi to sobie piszę. Rozdział taki sobie, ale może być chyba... :)

1 komentarz: